polish eagle welcome to the consulate of the republic of poland
Contact Us | Home       

Z dzienniczka Anny Bednarskiej


Wtorek, 31 października 1944 r.
Kończy się następny etap naszej wędrówki. Po pięciu tygodniach od wyjazdu z Isfahanu w Persji dopłynęłyśmy do Nowej Zelandii. Widoki są śliczne. Wellington to stolica Nowej Zelandii. Całe miasto na wzgórzach, domki mają zielone i czerwone dachy i jest mnóstwo zieleni. Na pokład weszli już reporterzy pism nowozelandzkich i robią zdjęcia premierowi i żołnierzom z naszymi dziećmi. Żołnierze N.Z. wracają z frontu i dziś już wysiadają, a my - wszystkie dzieci polskie i dorośli - spędzamy ostatnią noc na okręcie U.S.S. "Randall".

Środa, 1 listopada 1944 r.
Dziś Dzień Wszystkich Świętych. Ksiądz Wilniewczyc odprawił Mszę św. na górnym pokładzie i zaraz potem ustawiliśmy się grupami. Dzieci schodziły powoli na ląd. W porcie stał już pociąg, do którego wsiedliśmy. Jechaliśmy do naszego obozu i wzdłuż trasy stały dzieci machając do nas chustkami, a na stacjach, gdzie pociąg się zatrzymywał, witano nas i wręczano drobne upominki. Siostry Czerwonego Krzyża częstowały kanapkami i lodami. Na stacji Palmerston North skautki trzymały polską flagę i śpiewały. Wymieniałyśmy adresy, było bardzo serdecznie i wesoło. Około godziny 14.30 przyjechaliśmy do Pahiatua. Tam czekali na nas grupowi i po kilku minutach byliśmy już w obozie, który nazwano "Polish Childrens Camp - Pahiatua". Było tu dużo domków i baraków. Do jednego z nich zaprowadziła nas skautka mówiąca po polsku Okazało się, że jest to córka polskiego konsula - Monika Wodzicka. Za godzinę przyjechał drugi transport dzieci i o godz.18-tej poszliśmy do jadalni na kolację, a potem spać po tylu emocjach.

Niedziela, 5 listopada 1944 r.
Już cztery dni jesteśmy w obozie. Tutaj jest bardzo ładnie - tyle zieleni. W barakach jest czysto, każdy ma swoje drewniane łóżko z miękkim materacem, czyściutkie dwa prześcieradła i sześć kocy. Są też szafy z szufladami i lustra. Jest centralne ogrzewanie, umywalki i prysznice z ciepłą i zimną wodą, ubikacje, pralnie i suszarnie bielizny, a także stoły i żelazka. W jadalniach stoły nakryte obrusami, nowe talerze i cała zastawa stołowa oraz... sympatyczny kucharz: Po obiedzie zebraliśmy się w sali widowiskowej, gdzie przemawiał p. delegat z Londynu, mjr Foxley - komendant obozu i kapitan polskiego okrętu "Narvik", który wraz z częścią polskiej załogi przybył do obozu, aby nas odwiedzić. )eden z marynarzy opowiedział krótką historię tego okrętu i wręczył nam - dzieciom polskim - banderę, to co dla nich było najdroższe.

Wtorek, 7 listopada 1944 r.
Dziś po obiedzie było pożegnanie żołnierzy N.Z. , którzy przez pierwszy tydzień pomagali w naszych jadalniach. Po południu zebraliśmy się w sali teatralnej. Najpierw przemawiał p. delegat Śledziński, potem pani konsulowa Wodzicka i Tenia Czochańska (licealistka) żegnała ich od dzieci. Następnie dziewczynki tańczyły i chór śpiewał polskie piosenki. Potem na naszą prośbę żołnierze weszli na scenę i śpiewali angielskie piosenki. Zatańczyli też taniec szkocki i maoryski. Maorysi to lud, który najwcześniej zamieszkiwał wyspy nowozelandzkie. Było wesoło, ale trzeba myśleć o nauce, bo lekcje już się zaczęły.

Czwartek, 16 listopada 1944 r.
Dziś mija dwa lata od śmierci Tatusia, który umarł w Teheranie. Był bardzo wycieńczony z głodu. Jest mi smutno.

Sobota, 25 listopada 1944 r.
Jestem zastępową w naszej drużynie harcerskiej. Odbyło się pierwsze nasze ognisko w N.Z. Było poświęcone harcerzom poległym w obronie Warszawy. Gawędę miała druhna hufcowa.

Czwartek, 7 grudnia 1944 r.
Dziś znów wyświetlali nam film polski, właściwie taką kronikę o gen. Wł. Sikorskim, jak jeszcze żył, a potem pogrzeb. A w następnym filmie Ewa Curie, córka Marii Curie-Skłodowskiej miała referat o ojczyźnie swej matki i wtedy ukazywały się obrazy różnych miast. Najpierw Gdynia, potem łąki i lasy, Bydgoszcz, Poznań, Częstochowa, Chorzów, Zakopane, Kraków, Huculszczyzna, Lwów, Wilno i Warszawa. Te piękne obrazy wyciskały łzy z oczu. Tyle krajów już objechałam, ale najładniejsza jest nasza kochana Ojczyzna.

Czwartek, 21 grudnia 1944 r.
Od samego rana drżymy. Druga lekcja - łacina i klasówka. Wszystkie te straszne indicativy, ablativy z każdą chwilą staja się straszniejsze. Klasówka była łatwa. Na czwartej lekcji przyszła pani dyrektor Zięciakowa i powiedziała, że nasza klasa (było nas 9) jedzie do angielskiej szkoły. Powiedziała : - "Panienki, tylko pamiętajcie o tym, że jesteście Polkami i nie po to jedziecie tam, żeby się w kimś zakochać, ale po wiedzę. Jeszcze raz pamiętajcie o tym, że jesteście Polkami". Mówiąc to miała łzy w oczach, a my też rozpłakałyśmy się. Życiorysy jednak trzeba było napisać, ale napisałyśmy też podanie, że chcemy ukończyć nasze polskie gimnazjum. Na lekcjach wszystkim profesorom i księdzu mówiłyśmy o tym, a oni nas poparli. Matematyk powiedział, że jest zadowolony, bo "nie śpimy".

Poniedziałek, 25 grudnia 1944 r., Boże Narodzenie
Wczoraj była Wigilia. Dzieliliśmy się opłatkiem. Ja na szczęście jadam w tej samej sali co Mamusia, Ela i Ula, a Olek w sąsiedniej sali. Myśli nasze były z tymi, co zostali w Polsce i z Tadziem, który był w junakach, z Tatusiem i Józkiem, których już nie ma... Byłam pierwszy raz w życiu na pasterce. Trudno uwierzyć, że to Boże Narodzenie. Dziwne uczucie, bo przecież w Polsce mróz, śnieg - a tu gorące lato.

Sobota, 3 lutego 1945 r.
Dziś zakończenie roku szkolnego. Po Mszy św. poszliśmy do klas i odczytano nam stopnie. Jestem już w klasie IV gimnazjum. Zostajemy w obozie. Cieszymy się.

Czwartek, 16 lutego 1945 r.
Po obiedzie cały chór i dziewczynki, które tańczą, pojechali do Palmerston North. Jechaliśmy ciężarówką piękną górską drogą wzdłuż rzeki Monawatu. Odbył się koncert, a potem śpiewałyśmy w studio radiowym. Pani Żerebecka dyrygowała. Odtworzono nam nagrany nasz hymn narodowy i dwie piosenki ludowe. Przeżycie było duże. Na zakończenie byty lody i powrót do obozu.

Sobota, 18 lutego 1945 r., Wizyta Pana Premiera
Na przywitanie p. Premiera utworzyliśmy szpaler, a dzieci w krakowskich i góralskich strojach witały gościa. Po zwiedzeniu szpitalika cała delegacja - 21 osób, była w naszej klasie na pokazowej lekcji j. angielskiego. Wszystko poszło świetnie i Miss Neligan była zadowolona. Potem były popisy dzieci, a wieczorem graliśmy "Jasełka". Też brałam udział - byłam aniołem w IV akcie. Nasza pani dyrektor dała z siebie wszystko. Potem była wspólna kolacja i p. Premier wszystkim na pożegnanie podał rękę.

1, 2 i 3 maja 1945 r.
Od paru dni jesteśmy w Wellingtonie, gdzie dawaliśmy koncerty przez te trzy dni. Trochę śmieszyły nas "Jasełka" w maju, ale im się podobało. Odbyła się akademia Trzeciomajowa poprzedzona Mszą św., na której kazanie było o walczących Polakach.

Wtorek, 8 maja 1945 r.
Od samego rana mówi się, że koniec wojny. Niemcy pobici! Nareszcie koniec wojny w Europie!

Czwartek, 17 maja 1945 r.
Znów smutna rocznica. Jak Mamusia ciężko przeżyła śmierć Józka, gdy rok temu zginął na Monte Cassino. Miał dopiero 21 lat.

Sobota, 13 czerwca 1945 r.
Dziś w naszym obozie odwiedził nas żołnierz N.Z., który uciekł z niewoli niemieckiej i wraz z Polakami dotarł do Polski. Walczył w Armii Krajowej. Opowiadał o cierpieniach Polaków podczas okupacji, o Powstaniu Warszawskim, o tym, jak nie uznawano Komitetu Lubelskiego.

Piątek, 17 sierpnia 1945 r.
Dziś rozpoczęły się dwutygodniowe wakacje wiosenne. Rozjeżdżamy się do różnych miast do rodzin nowozelandzkich. Spora grupka jedzie do Napier. W sobotę braliśmy udział w występach i zabawach, bo jest koniec wojny z Japonią. Jak się wszyscy cieszą! W Napier całą naszą grupę zaprosiły Maoryski do swej przyklasztornej szkoły na podwieczorek. Na przywitanie zaśpiewały po polsku nasz hymn - "Jeszcze Polska nie zginęła". Byliśmy bardzo wzruszeni.

Poniedziałek, 17 grudnia 1945 r.
Dostaliśmy życzenia świąteczne od Mamusi sióstr z Ameryki i radosną wiadomość, że najstarszy brat przeżył niemiecki obóz koncentracyjny, a dom nasz jest tylko częściowo uszkodzony.

Piątek, 21 grudnia 1945 r.
Ukończyłyśmy kl. IV, zdałyśmy małą maturę i po wakacjach jedziemy do szkół angielskich.

Wtorek, 8 lutego 1946 r.
Do szkół angielskich wyjeżdża nas 70 osób. Hela, Władzia, Józka i ja jedziemy, a właściwie płyniemy do Christchurch, gdzie będziemy mieszkały i uczyły się w szkole przyklasztornej. Mamusia smuci się, że jadę aż na drugą wyspę. Jak ta nasza rodzina rozproszona po świecie: Marynia i Edek są w Polsce, Tadek w Palestynie w junakach, teraz ja wyjeżdżam, niedługo Olek wyjedzie. Tylko Ela i Ula zostaną z Mamusią. Taki nasz tułaczy los.

Kwiecień 1946 r.
Uczymy się razem z Nowozelandkami. Nauczycielkami są zakonnice. Jedna z nich uczy nas dodatkowo angielskiego. W niedzielę byłyśmy parami na spacerze i my rozmawiałyśmy między sobą oczywiście po polsku. Potem siostra przełożona poprosiła nas do pokoju gościnnego, gdzie siedziała starsza pani. jakąś dziwną polszczyzną zaczęła nas witać i całować i zaprosiła nas na Wielkanoc do siebie. Była to p. Gdaniec, która jako małe dziecko wraz z rodzicami osiedliła się w Nowej Zelandii i wyszła za mąż - też za Polaka. Byli tacy serdeczni i zapraszali nas na wolne niedziele. Spustoszyłyśmy im spiżarnię, a oni tylko cieszyli się, że mogą z kimś rozmawiać po polsku.

Maj 1946 r.
Przyjechałyśmy do obozu w Pahiatua na wakacje jesienne. Stęskniłam się za rodziną. Może pojedziemy do Ameryki, bo ciocia robi starania. Ale do szkoły w klasztorze trzeba wrócić i uczyć się oraz trochę pracować, bo każda z nas - od najmłodszej do najstarszej - ma przydział swojej pracy.

Październik 1946 r.
Przeniosłam się do szkoły w Mastertonie - bliżej obozu, więc raz w miesiącu jeżdżę tam. Są duże zmiany. Nie ma starszej młodzieży, w przedszkolu coraz mniej dzieci - dorastają. Została tylko szkoła powszechna. Z Włoch i Anglii przyjeżdżają niektórzy ojcowie. Zjawiła się w obozie wysłanniczka rządu warszawskiego. Chłopcy uciekają od niej. Towarzyszył jej p. delegat Zaleski i komendant obozu.

Czwartek, 6 lutego 1947 r.
Kończą się wakacje letnie, na które wiele osób przyjechało do obozu. Dziś była znów wizyta dostojnych gości. Był delegat apostolski Panico, arcybiskup wellingtoński O'Shea i premier P. Fraser, który powiedział, że zaprasza do Nowej Zelandii około stu byłych polskich żołnierzy - perspektywy: praca i założenie rodziny.

Poniedziałek, 10 lutego 1947 r.
Powróciliśmy do szkół, do normalnej nauki i zaplanowanych zajęć. W wolnych chwilach czytam dużo polskich książek, które pożyczam w bibliotece obozowej. Są to głównie książki Żeromskiego, Prusa, Reymonta, Kraszewskiego. Chcę znać ich dzieła, aby kiedyś po powrocie do Polski nie zawstydzić się, że nie znam ich powieści.

Środa, 21 maja 1947r.
Jesteśmy na feriach w obozie i dowiedzieliśmy się, że 5 osób zapisało się na wyjazd do Polski. Zapytałam Mamusię - kiedy my się namyślimy? Gdzie pojedziemy - do Ameryki, bo ciocia przysłała zaproszenie, czy do Polski? Mama zapytała nas, gdzie chcemy, a myśmy wszyscy czworo odpowiedzieli: Mamusiu, my chcemy do Polski!

Czerwiec 1947 r..
Już nie wróciłam do szkoły. Poszłam do pracy w małej fabryczce w Masterton i mieszkam u zacnych ludzi. Traktują mnie jak córkę. Za zarobione pieniądze kupujemy z Mamą różne rzeczy, które będą nam potrzebne w Polsce. Chociaż jest już 2 lata od zakończenia wojny, jednak trudno tam coś kupić.

Poniedziałek, 8 września 1947 r.
Zaprzyjaźniłam się w pracy, z wieloma osobami. Ponieważ wyjeżdżam za dwa tygodnie, koleżanki urządziły pożegnalny wieczór, było 17 osób. Wręczyły mi drobne, ale praktyczne prezenty. Byli tacy serdeczni i żałowali, że wyjeżdżam do Polski. A ja nie mogę się doczekać, kiedy stanę na ojczystej ziemi.

Sobota, 20 września 1947
Wyjeżdża nas 16 osób. Wszystkie formalności załatwione i opuszczamy gościnną Nową Zelandię oraz wielu życzliwych i dobrych ludzi. Reporterzy zamienili z nami kilka słów, zrobili zdjęcia i... odpływamy!!! Godzina 12.15.

ANNA BEDNARSKA-ZAŁUSKA